Skip to content

Poszukuję Kontaktu

Wysyłam dziś te słowa przez Ocean informacji. Dawniej poprzez fale płynęli w tym kierunku emigranci. Chciałbym Wam się dzisiaj przedstawić pewną metaforą. Jednym z moich ikonicznych, ulubionych filmów jest film “Contact” z Jodie Foster w roli głównej. A film i fotografia to dawniej dwie bliskie sobie siostry. Dzisiaj żyją już obydwie w urojonym świecie separacji.

Swego czasu idea przedstawiona w tym filmie poruszyła mnie bardzo głęboko. Oto dzisiaj każdy z nas, przystępując do produkcji szumu informacyjnego poprzez cyfrowe rejestrowanie obrazów. Czy to w sposób bezpośredni, czy też digitalizując analogowe obrazy i umieszczając je w strumieniu sieci – wysyła swój sygnał z Igrzysk, do których bezwiednie sam przystąpił. Płomienną mową wychwalając swoją jedyną w swoim rodzaju wrażliwość estetyczną – krzyczymy w świat zawłaszczając jego uwagę.

I oto, o zgrozo – wraca do nas po latach nasz własny sygnał, stopiony w jeden wielomiliardowy uśredniony algorytm sztucznej inteligencji. Nie doczekaliśmy się dialogu, bo o niego nie prosiliśmy. Doczekaliśmy się zbiorowego portretu cywilizacji obrazkowej i oto ją mamy.

Nasłuchujemy wieści z cyfrowego świata z nadzieją, że z tego szumu odsiejemy własne uczucia, wrażliwości i emocje. Nic bardziej mylnego. Posługując się kolejną filmową metaforą, zostaliśmy poświęceni na ołtarzu nowego życia, jak Obcy realizujący symboliczne zasianie nowego życia w panspermicznej koncepcji kosmologicznej. Wyrażonej w filmie Ridleya Scotta “Prometheus” roztopieniem swojego organizmu w wodach młodej Ziemi. Oddając swoje organiczne łańcuchy DNA i RNA islandzkiemu wodospadowi Dettifoss.

I oto nagle wracamy do scen z filmu “Contact” gdzie Jodie Foster przeżywa swoje wewnętrzne podróże i wszechświaty kontaktując się z nieznaną jej formą bytu wyrażoną przez obecność dawno zmarłego ojca. Ułamek sekundy z perspektywy zewnętrznego obserwatora. 18 godzin intensywnej kosmicznej, głębokiej i wielowymiarowej podróży z perspektywy uczestnika tego procesu, doświadczenia i eksperymentu. Zapis rejestratorów daje 18 godzin pustego sygnału, ułamek sekundy przelotu nad osobliwością. Nikt tego w tej rozbieżności nie rozumie. Nie ma zapisu, nie ma dowodu, nie ma istnienia zaindeksowanych faktów.

Czy to nie jest opowieść o naszym odczuwaniu rejestrowania świata i naszych emocji poprzez fotografię? Czy umiemy uwierzyć sami sobie w te nieliczone uniesienia emocjonalne, jakie nam towarzyszyly podczas świadomego kreowania kadrów? Czy tylko sucha indeksacja, rejestracja obrazu powołuje je do życia, choć na chwilę karmiąc sygnał do nas samych odbitych w lustrze innej już cywilizacji?

Odkąd sięgnąłem po pierwszą lustrzankę cyfrową ponad 20 lat temu a z niej zacząłem budować swój Pałac Uwzniośleń publikując pierwsze kadry na raczkujących jeszcze portalach fotograficznych. Od tych pierwszych momentów, w jakże klasycznnie neurotyczny (pozdrawiam Woody Allena) sposób towarzyszyło mi uczucie powierzchownego odzierania głębokich emocji poprzez szybkie przyswajanie powierzchownych wizualnych artefaktów.

Z tego też powodu po 2-3 latach nauki cyfrowego kadrowania sięgnąłem po analogowy średni format na kliszę 120 i ograniczyłem proces emocjonalnego kształtowania wizji i transformacji ich na późniejsze wspomnienia do naprawdę niezbędnego minimum. Do przestrzeni, gdy wizja, uczucie, potrzeba powoli rodzi się w podświadomości. Zewnętrznym impulsem z niej wydobywa. Współgra z czasem i przestrzenią i powołuje na świat w postaci ograniczonej liczby 12 klatek z negatywu.

I chociaż nie przekreślam umiejętności podobnej dyscypiny u świadomych twórców korzystająych z medium cyfrowego. Dla mnie, osoby z niezdiagnozowanym ADHD taka analogowa forma skrępowania. Gorset 2-3 drogich filmów jest wspaniałym zawężeniem przestrzeni do koncentracji. Pisząc ten felieton otwieram się na kontakt ze swoim podświadomym polem znaczeń, uczuć i symboli. Gdy fotografuję cyfrowo, doświadczam ten sam stan, ale już bez prawa powrotu, konsumując go takim, jakim przed chwilą rejestrowały go moje zmysły. Porzucam go na ogół bezpowrotnie w chmury danych, służace do karmienia algorytmów.

Dopiero ścieżka przez zachwyt z widoku z kominka. Dyscyplina w powiedzeniu sobie NIE, gdy obraz wyłaniający się z niego nie budzi zdecydowanych emocji. Finansowa presja wykonania fotograficznego obrazu, który jak w malarstwie mieści się w dopuszczalnej liczbie 2-3 przemalowań podobrazia. To są przestrzenie, które w pełni dopuszczają mnie samego do całego, pełnego procesu twórczego.

Zatem wróćmy ponownie do swobodnego spadania naszej Jodie w wielowymiarową przestrzeń immanentnego doświadczania poza czasem i przestrzenią. Jest w tym jakiś psychodeliczny rys. I niezależnie czy fotografujemy cyfrowo, jednym czy drugim systemem. Za każdym razem ten najgłębszy imeratyw, głos ze środka – to wołanie nas samych o ten jeszcze jeden uśmiech, zachwyt, zapach i dotyk na policzku – dłoni najbliższej nam osoby. Niech będzie to nasza Mama, bo w Dzień Matki piszę ten felieton. Może to być wspomnienie zapachu, gdy przejechodziliśmy pod oknem sąsiadów w porze obiadowej, dzisiaj zbudzają się w nas te synapsy drgając jak latarnie wyznaczające nasze podstawowe, fundamentalne chwile doświadczeń szczytowych. Kierujmy zatem nasze obiektywy bardziej do wewnątrz. Uczmy się odwlekać ten moment gratyfikacji przez zalanie dopaminą lajków lub smutek niezrozumianego, odrzuconego dziecka, gdy ich brak. Fotografia dawno już opisała świat wewnętrzny. Teraz moż już spokojnie służyć jako hamulec i narzędzie do zatrzymania się w tym pędzie i spokojną obserwację własnych uczuć i emocji.

Zachęcam Was do pewnego eksperymentu. Zróbcie sobie raz na miesiąc taki fotograficzny detoks cyfrowy. Nie zabierajcie aparatu na street. Pojedźcie w piękne okoliczności przyrody bez niego. Pięnej, inspirującej twarzy przyjżyjcie się z szacunkiem i uwagą. Telefon rygorystycznie traktujcie tak, jak wynika to z jego nazwy. Pójdźcie na wystawę. Obejrzyjcie retrospektywę znanego fotografa. Z ambitnym periodykiem poświęconym fotografii usiądźcie sobie na ławeczce w Central Parku. Po pewnym czasie zacznie w Was zachodzić początkowo ledwie wyczuwalna przemiana. Słowa, przeczytane. Obrazy, wydrukowane. Interpretacje. Niezgody i zrozumienia. Cały ten zgiełk metafor i uświadomionych znaczeń. Wszystko to zacznie wyostrzać Wasz wzrok na otoczenie. Kadry zaczną być spontanicznie rejestrowane. Uczucia z wewnątrz wspominane. Trzeba tylko wytrzymać i tych chwilach nie sięgać po małpi odruch rejestracji obrazu. To wróci. Jak w Kung-Fu w dyscyplinie odmówień tkwi ta siła.

Gdybym teraz trafił na tą ławeczkę i mógł doświadczyć tego orientalnego zachwytu i przepływu inspirujących wrażen oraz bodźców. A tym samym po aparat bym nie sięgnął. W innej części świata, który jest tak piękny Mistrz Zen uśmiechnął by się gdzieś daleko siedząc w medytacyjnej świadomości zazen.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *