Ona płynie we mnie i wokół mnie. Krąży, otacza. Tak szumi… pluska i kusi – ta wizja poddania się strumieniowi. Bo coraz więcej przejawów na Niebie i na Ziemi. Wodnych Znaków świadczących, że powinienem podążać za tą metafizyczną konstrukcją, definicją procesu.
Płynę zatem swobodny, pozornie zrezygnowany, ale wewnątrz zrelaksowany. Nie jestem już sam dla siebie tamą. Nie zatrzymuję się na rozkaz. Nie staram się zawracać tej rzeki pod presją wstecznego, silnego strumienia energii z zewnątrz. Cudzej i w innych lustrach odbitej – własnej.
Chwiejnie stojąc w tym rwącym potoku na jego kamienistym dnie. Czasami przyspieszam, gnam jak szalony intuicją wiedziony. Rozbijam się o skały na tysiące znaczeń i rozczarowań. O pień z rzeki na wpół wynurzony na mej drodze. Czasami grzęznę w nurcie martwej odnogi. Odwracam się i z mozołem wracam. Porwany naturalnym nurtem rozpędzam się znowu. Rozlewam w ciepłe płycizny i zakola, gdy przychodzi ten czas, by się odprężyć, gdy wokół spokój, słońce i akceptacja. I znów przyśpieszam.
Płynąc do Oceanu, łącze się czasami w jedną całość z innymi meandrującymi odnogami swoich alternatywnych bytów. Niekiedy wysycham. Ale życiowe ulewy zamieniają się ponownie w kaskady potoków, by dotlenić krew i odsolić pot, z którego składa się ten wysiłek.
Jest jednak Coś na końcu tej drogi zapoczątkowanej przez łzy deszczów, które parując z Oceanu Wszechrzeczy wraz z chmurami i wiatrem powróciły jak dusze Bodhisattwów by zasilać dobrą energią i powoływać nowe i wciąż nowe pokolenia życia w tym odwiecznym kole Samsary. W namorzynowych rozlewiskach, gdzie wszystkie rzeki świata tracąc swoją odrębność zlewają się w jedną całość. Wodą w podstawowej, formie po prostu się stając. Słone łzy wszechoceanu oczyszczenia z poprzednich bytów słodkie substancje życia, ustępujące, zanikające, odżywcze. Stopniowo, ale nieubłaganie. Iluzję trudu i lęku życia wypierają.
Jakimś zupełnym przypadkiem, nieco ponad 20 lat temu jedna z tych kropel deszczu spadła mi na duszę.
I przemieniła się w fotografię.
