Wreszcie, po latach – mam już błyskotliwy, chwytliwy i adekwatny nick virtualny. “Szyk Przestawny”. Te dwa słowa to kondensat mojej osobowości. W szyku przestawnym znajduje się zarówno modal estetyczny, jak też czasownik, który przebrał się za przymiotnik. W tym przestawianiu jest też sama esencja. Niechęć do obrabiania wciąż tego samego procesu, poletka. Przekładanie znaczeń z jednej sakiewki w drugą. Próba bycia sobą, przeskoczywszy się w nieznanym mi jeszcze kierunku. Ciągłe uciekanie przed zatrzymaniem.
Dzisiaj modne jest ADHD. Być może posiadam ten pierwiastek. Jak spoglądam na swoją fotografię z perspektywy “oczka”, czyli 21 lat działania w stanie lekkiej niepoczytalności, upojenia i omamiania swego ego – z pewnością w momencie powstania zdjęcia wpadam w pewien rodzaj niepokoju. Będąc na styku dziecięcej wprost radości z zarejestrowania obrazka, po naciśnięciu spustu natychmiast uciekam od niego, jakbym miał jakiś defekt i dysfunkcję w okazywaniu uczuć. Szukam ponownie celu, wiercę się, podbijam niepokój i głód poznawczy. Coś, co magicznie i powabnie majaczyło mi w kominku – po opadnięciu lustra przeradza się w zgrozę niepewności, czy nie uległem li tylko jakiejś chwilowej fatamorganie?
Zatem przestawiam słowa, zdania i widziane na matówce kadry w nieustannym trudzie poszukania przed sobą samym skutecznej kryjówki, a w obrazie fotograficznym zasłony dymnej dla własnej satysfakcji. Jakbym ciągle wstydził się, że zachowuję się jak dziecko. Bo fotografia, podobnie jak wędkarstwo – większego, ponad kompulsywne przywodzenie pierwotnych, nad światem zachwytów i dziecięcych emocji – sensu nie zawiera.
Piszę te słowa z perspektywy wiosny. Zimą me usta zmrożone mrokiem rzadko kiedy jakiś sens sprawiają. Mentalnie jestem typowym południowcem, patrząc na to z perspektywy synapsy. Słońce, lekki ciepły wiatr zwiewający drobinki pyłku z obiektywu i matówki to mój stan ukojenia. Zimowego mroku nie znoszę, zdecydowanie preferuję ten letni. Z cykadami, pomrukami odległych bębnów z miasta i prawie niesłyszalnym szelestem skrzydeł nietoperzy przelatujących ponad literującą i ustawiającą szyki znaczeń mózgownicą. Taka noc jest obietnicą. Nawet nie wyzwaniem. Po prostu byciem gdzieś w onirycznym stanie, na poły zmysłowym, na poły martwym, odrobinkę uwznioślonym. To fotograficzny, alchemiczny tygiel, gdzie wszelkie prawdopodobieństwa wydają się być możliwe. Kurtyna z życia dekoracją nie sprowadza istnienia do wzrokowych doświadczeń empirycznych i pozwala meblować zdjęcia, zdarzenia i sytuacje gdzieś w połowie drogi z ciepłego, drgającego od rozgrzania chodnika, a rozdygotania własną wyobraźnią.
A ona wciąż w ferworze. Czasami zapuści się gdzieś daleko, gdzie próżno jej szukać dla siebie spełnienia. Ale mój życiowy setup na szczęście wciąż układa się na skali barw chłopięcych. Często zachodzę w głowę, czy przyczyna to – czy skutek? Ta Fotografia i jej Szyk Przestawny.

