Zapach

Zapach, a w nim ostatnia jest nadzieja. Depozytoriusz kontaktu z duszą. Jej kreator i odnowiciel. Od wielu lat odczuwam jego brak, lub conajmniej brak obecności w świadomości. Dzisiejszy spacer z Jeremim, po gorącym lipcowym lesie, który pojawił się znienacka na początku maja, dał mi kilka wejrzeń za tą kotarę za pośrednictwem węchu. Nienachalny to zmysł. Nie przywiązany do żadnego życia w obecnej formie odbywania. Niejako backstage, odpad, dopisek na marginesie codziennego timeline-u. Trudny do uchwycenia, ulotny i tajemniczy, jak bozon Higgsa. Występuje, uaktywnia się czasem w parze. Ze zdarzeniem, wzrokowym widzeniem, lub jakimś nietypowym przesłyszeniem. Dzięki temu świeży, wciąż niewinny, jakby z innego wymiaru pochodzący.

Wiele bym dał, aby czuć mocno. Większość mojego odczuwania jest w podświadomości pochowana. Wzrok rozpycha się tak mocno, podświadomość rejestruje emocje, wysyła impuls do ręki, ta naciska przycisk migawki. Całe moje życie to zdecydowany, przytłaczający nadmiar zmysłu wzroku. Towarzyszył mi w pacholęcym, nastoletnim wieku, gdy traciłem wręcz kontrolę, za jakie sprawą nad innymi zmysłami. Później całą praca, kilkanaście lat jak grafik, pracujący nad obrazem, jego estetyczną, wplecioną z zakodowanym słowem formą. Od wielu lat jako fotograf, już z obrazem związany absolutnie.

Węch jest przedsionkiem do czucia duszą. Można zamknąć oczy, zasłonić uszy i poczuć zapach, a za nim wpuścić do duszy powiew zmysłowego wiatru. Był moment, jak na dzisiejszym spacerze, gdy z zapachem gorącego, leśnego piachu, ściółki i szyszek – przyszedł spokój. Radość i ukojenie. Zamglone wspomnienie wakacji na obozach na Mazurach, smak, niemalże namacalny Puszczy Piskiej. Podróż wózkiem z Jeremim przez las, pokazywanie mu drzew, śpiewających ptaków. Linii na niebie po przelatujących samolotach. Powolny, ale piękny proces symetrii, wejrzenia i kontaktu. Na początku nie jest łatwo, bo ego doznaje swoistego olśnienia i zaczyna projektować dialog z samym sobą, pobudzone nowym, nieznanym impulsem spod podłogi, którą od lat okupuje, nie chcąc wstać i pójść przed siebie, poza horyzont. Jak już uda się ten proces uświadomić, pozostaje czyste odczucie, zasilające od wewnątrz, jak wytrysła na pustyni fontanna, czyniąc w krótkim czasie z martwego miejsca oazę.

Wiele dni upłynęło od mojego ostatniego wpisu, wiele poranków z pobudką o 5:45 zdarzyło się od pewnej chwili na dachu Marakeszu. Pojawił się jeden mglisty snop światła po powrocie ze szpitala. Zawsze jednak brak mu było determinacji i odwagi, aby na bieżąco, z dyktafonem w ręku spisać słowem szkic tych odczuć. Tak ważnych, tak pięknych, nastawionych pokojowo. Dających wiarę i nadzieję, że pod tym pancerzem złożonym z codziennych gestów, rytuałów i emocji płynie strumień, którego źródło, tuż za najbliższym zakrętem zamienia się w bezkresny ocean, gdzie jedna kropla jest tym samym, co cała toń.

Wczoraj padło pytanie w telefonie, czy każdy może zostać Buddą. Teoretycznie tak, praktycznie jednak tak niewielu to się udaje. Nie idziemy głosem intuicji, to jedyny powód tych porażek. Ja będę chodził z Jeremim w las, może uda mi się tam wydeptać ścieżkę przez zarośla, która poprowadzi mnie na otwarty teren, leśną polanę, gdzie postawię dom. Dom ten jednak czym więcej niż dachem nad głową będzie. Czuję to szeroko otwartymi nozdrzami.