Death in Venice

8 lat temu przydarzyła mi się pierwsza podróż do Wenecji. Od tamtego czasu zmieniły się w warstwie ogólnoludzkiej dwie rzeczy. Tysiące japończyków z aparatami wyparły niczym stonka biedronkę, miliony chińczyków. Również z aparatami. Druga rzecz – w samolotach po lądowaniu już nie klaszczą. Poza tym, na Zachodzie bez zmian. Woda podniosła się może nieznacznie, ustalić tego z pewnością niepodobna, bo woda w Wenecji jest w nieustannym falowaniu.

Podróż nasza była prezentem na naszą pierwszą rocznicę i świadomą chęcią zobaczenia weneckiego karnawału na własne oczy. Psychologia oglądania jest w dzisiejszych czasach funkcją fotografowania. Już się nie ogląda, przygląda, raczej porównuje, jak na tym tle w ekraniku smartfona się wygląda. To mi w sumie odpowiada, bo w takich miejscach zagęszczenie koncentracji na swojej komórce, czasem przedłużonej kijkiem od selfsticka jest tak duże, że można poruszać się pośród tych ludzi, niczym virtualny aktor w Matriksie pośród zamrożonego ruchu w kamerze ultra HD. Nikt już na nikogo nie zwraca uwagi. Czy aparat wymierzony jest w dal, bliż, na nos, w górę, czy w dół. Powszechny zapał robienia zdjęć podobny jest do ekscytacji i zwierzęcej rui w ulu pobudzonym przedwczesną wiosną i jej pierwszymi, mocnymi promieniami słońca. Nigdzie na świecie nie widziałem takiego absolutnego pogodzenia się z fotografowaniem wszystkiego, przez wszystkich, istny fotograficzny flash-mob.

Wymyśliłem sobie, że zabiorę na wyjazd cyfrowego, średnioformatowego Hasselblada X1D. Nie przewidziałem jednak, że performance wyjazdowy rozpocznie się jeszcze przed wyruszeniem w podróż, a czas, który zostanie mi dany na zapoznanie się się z aparatem zagęści się do jednej godziny, późnym wieczorem, na dzień przed wylotem. Do tego krótki czas na szkolenie zajęła tajemnicza istota, która przybyła z K-Paxa, a próbowała mi wmówić, że jest opiekunką synka życzliwej osoby, która w bezsenności i z chorobą płuc czyniła godność gospodarza i dysponenta aparatu. Lubię wyzwania. Z pięciominutowego szkolenia wyniosłem świadomość, że korpus ma przycisk wyzwolenia migawki, a migawka jest centralna. Był to zakamuflowany przekaz – stary, bierz ten aparat i rób co chcesz. Wsiadłem więc następnego ranka na pokład samolotu, i z przyjemnym kołysaniem ponad chmurami, przez około godzinę próbowałem zrozumieć, jak on działa. Co do ogólnej zasady, zgadzaliśmy się z nim, że jest wspólna dla podobnych mu aparatów fotograficznych. Jednakże sposób działania autofocusa przypominał mi umizgi kawalera do pięknej dziewczyny, gdy ten chcąc złożyć pocałunek na jej ustach ostrząc i ustawiając kadr zawsze trafiał na jej biust lub jeszcze niżej, dostając za każdym razem w policzek z liścia. Wzrok, który przez grzeczność zaczynał podróż od oczu, a w istocie poszukiwał innych atrakcji, bezwzględny autofocus niestety podążał za nim, nie dając żadnej szansy na dyskrecję. Zabawa z ekspozycją to nieustanna feria ciemności i jasności, bo położenia tajemniczego przycisku odpowiedzialnego, za jakże lubianą przeze mnie funkcję blokady ekspozycji, nie udało mi się ustalić. Edit z zaświatów – przycisk był pod kciukiem, a więc najciemniej zawsze pod latarnią 😉 Na szczęście majaczyło mi z wieczornego szkolenia w oparach gorączki, z obecnością kosmitów, że aparat ten posiada funkcję detekcji pola ostrości, które w zależności od wybranej przysłony wyświetla się w wizjerze przy wyborze manualnej opcji ostrzenia. Eureka, to było genialne! To działa! Byłem wolny. Równie wolny co sam aparat, swobodny slow foodowy elegancki dżentelmen po andropauzie. W Wenecji, gdzie prężą na ulicach swoje piersi damy w barokowych kreacjach i niespiesznie poruszają szyjami w kierunku szybkostrzelnych lustrzanek i sprytnych ajfonów – byłem dobrze zrozumiany. Taka ultra slow lajfowa ścianka celebrycko-modowa. Domy, kamienice, kanały dzielnie trwały. W nieruchomości swej w ostrzeniu i wyzwoleniu migawki pomagały. Nie mogliśmy dogadać się w kwestii ustalenia, czy zbliżenie oka do wizjera ma w nim wyświetlać obraz, czy nie. Tak, jakby z mej źrenicy szły błyski geniuszu i ekscytacji, zaburzające myślenie sensora odpowiedzialnego za miejsce wyświetlania informacji. Z pewnością ta funkcja jest gdzieś ustawialna, musiałbym jednak porwać samolot i wysiąść w Palermo, a nie w Wenecji, aby to odkryć. Myślałem również o zaklejeniu sensora w wizjerze kawałkiem gumy do żucia, ale nie chciałem tego robić dostojnemu hrabiemu Haszkowi. Mógłby spalić mi się w rękach ze wstydu przed barokowo przystrojonymi damami. Tego za wszelką cenę chciałem uniknąć.

A teraz w innej formule, z językiem prostym, na plusie skoncentrowanym. Ktoś dla żartu, lub na próbę postanowił umieścić cyfrową ściankę średnioformatową w korpusie podobnym do lustrzanki. Z pewnością nie nadaje się on do fotografii ulicznej, nie wyobrażam go sobie również na dynamicznym jednak planie modowym, chyba, że ustawiamy przysłonę f32 i wszystko od obiektywu, aż po Goteborg staje się ostre. Na konieczność studyjnego zastosowania wskazuje również jego energożerność. Na jednej baterii, na ulicy udawało mi się zrobić około 80 zdjęć. Druga, zapasowa, schodziła równie szybko. Posiadanie czterech dałoby pewnie jakiś komfort i bezpieczeństwo pracy. W studio, z zasilaniem stałym przez USB, taki problem znika. Aparat idealny do luksusowych packshotów, planów wielkoformatowych z pięknymi samochodami i kobietami na nich. Do fotografii typu beauty, gdzie modelka patrzy w dal, robiąc w tym czasie przegląd swojego życia. Oczywiście również do krajobrazu rodem z wycenianych na miliony kompozycji nadbrzeża Renu. Obraz jest perfekcyjny w skali tonalnej, rozpiętość poraża. Powiększenie na ekranie komputera 50 mln pixeli robi wrażenie. Wspomniana już detekcja kontrastu przy manualnym ustawianiu ostrości działa perfekcyjnie. Nie ma porównania do analogowej fotografii, gdzie ostrość ustawiana jest z wykorzystaniem klina w kominku. Zwykle przynajmniej połowa zdjęć z 12 klatkowego filmu jest nieostra. Szczególnie przy wykorzystaniu przysłony f2.8, którą można lubić za rozmycie tła, lub trzeba zastosować ze względu na brak światła. Zdjęcia wrzucane do netu mogą oszukać że są ostre, duże powiększenia już nie. Przepiękne jest również jego zaszumienie przy górnym ISO 3200, które do złudzenia przypomina ziarno z kodaka i nie odbiera szczególnie tonalności.

Podsumowując, jak zauważyliście, nie jest to żadna profesjonalna ocena, recenzja aparatu. Nie cierpię takich. Aparat to dla mnie narzędzie, albo się rozumiemy i umie ono pomóc mi zarejestrować przebłysk w wyobraźni, albo nie. Wraca wówczas w otchłań niebytu. Hasselblad X1D zostanie w mej dozgonnej pamięci, jako stary poczciwy dziadzio, dla hecy przebrany w hipsterską, współczesną kreację. Powolny mistrz w opowiadaniu pięknej, plastycznej opowieści. Tam gdzie nie liczy się szybkość, zaczyna liczyć się jakość. Pewni mężczyźni, w pewnym wieku znają tę zależność. Ta wiedza, ta umiejętność sporo kosztuje. I dobrze.

Ci, którzy nie zrozumieli zakamuflowanej pochwały tego pięknego wzorniczo cacka inżynierów ze Szwecji serdecznie przepraszam. Nic nie poradzę, że klasycznymi testami i recenzjami po prostu, jak wzmiankowałem – się brzydzę. Aby to obejść musiałem trochę ponarzekać, bo jak wiadomo – kto się czubi, ten się lubi!

Na dole, pod koniec wpisu, dla porównania, kilka kwadratowych klatek z Hasselblad 500c/m z planarem 80mm (~50mm dla pełnej klatki w “małym obrazku”). Skanowane półprofesjonalnym, biurkowym skanerem Epsona.

 

 

Pin it|Facebook|Twitter|Share by email