Seaside2018

.

To gdzieś w środku dojrzewało. To gdzieś jest zawsze w tym samym miejscu. Wypływają z niego urywane strzępki spojrzeń, myśli i emocji. Czasem, jakimś fartem pozostają w tym samym miejscu, gdy moje ciało jest już w innym. Jakby przyklejały się do niego, jak mgła ciągniona polem elektrostatycznym. Wówczas mogę je zobrazować. Zdarza się to niezwykle rzadko. Dziś zdarzyło się siedząc przy stole z kubkiem świeżo zmielonej i zaparzonej poobiedniej kawy. Kawy która ma sprawić, że to co za oknem rozmywa się jeszcze bardziej. Wydarzyło się też wcześniej, przy drugiej, porannej kawie, gdy podczas kofeinowej drzemki zatarły się na chwilę wszelkie przyczynowości i zmierzyły ze swoimi skutkami. To jest odrobinę kwantowe, działa to tak, że większości przypadków skierowanie wzroku w inną stronę, nie mówiąc o wymianie zdań, czy, o zgrozo, odejściu z tego miejsca – znikają jak mgła, wchłaniane przez niewidoczny wymiar, z którego pochodzą. Chyba mówiłem, podkreślę jednak, aby się upewnić, że zdarza się to niezwykle rzadko. Czasem podczas podróży, samolotem, pociągiem – najczęściej jednak samochodem. Dziś zdarzyło się siedząc przy stole z kubkiem świeżo zmielonej i zaparzonej kawy. Kawy która ma sprawić, że to co za oknem rozmywa się jeszcze bardziej. Czasem podczas odmierzania kroków, mojej najulubieńszej formy medytacji. Lata chodzenia po górach. Uchodzenia w ogólnym znaczeniu. Wystukiwanie symboli i znaczeń dźwiękiem i rytmem stóp, w napięciu mięśni i strumieniu poukładanych jak nuty na pięciolinii myśli i emocji. Może stąd sympatia, nigdy nie utulona – do buddyzmu ZEN. Kostur w dłoni i wędrówką życie jest człowieka? Tak też dowędrowałem do pewnej rzeki. Tam będąc, stojąc w jej nurcie, poczułem muśnięcie atomu. Tego samego, który przepływał z jej nurtem wiele, wiele lat temu. Wzbudził w wibrację moim ciele, a w nim mnie samego, w nie ubranego. Ten atom odbył przedziwną, metafizyczną, kwantową podróż, jaka w rachunku prawdopodobieństwa nie powinna się zdarzyć. Popłynął rzeką życia wiele lat temu do morza, oceanu. Następnie wzniósł się w nieboskłon chmur by spaść na zupełnie inne pola i lasy. Podróżował tak w nieskończoność, aby znów trafić do tej rzeki. Ponownie delikatnie musnął mnie przepływając. Domknęło się coś, co domykać się nie powinno. Bo podobno, dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi. Podobno. Z tego typu rozmyślań podczas wędrówek po sierpniowych, nadmorskich wydmach i domykania pakietów fotonów na kliszę negatywową wyrwał mnie telefon i głos w nim zamknięty – Kochanie, co z tą kiełbasą? Grill już się żarzył, a zdarza się to niezwykle rzadko.

Pin it|Facebook|Twitter|Share by email