Początek

Kiedyś to miejsce tętniło życiem. Było moim wewnętrznym drogowskazem. Schronieniem, ucieczką. Było moim sercem, duszą, bezciałem. To było 15 lat temu. Jedna z ostatnich dziecięcych fascynacji 31 latka – fotografia. Karmiczny firnament rozrzucił wydarzenia mojego życia, jak gwiazdy w sposób absolutnie chaotyczny. Najpierw poznałem rzeczy, które powinienem widzieć odchodząc. Później zobaczyłem rzeczy, które powinny mnie bawić, gdy na świat przychodziłem. Wszystko zupełnie swobodnie, bez żadnego wytyczonego planu i scenariusza. Takie jest moje życie. Gdybym miał użyć jakiegoś przymiotnika – w tej chwili na myśl przychodzi mi słowo – OTWARTE. Z wszelkimi konsekwencjami tego stanu, otwarte na boski wiatr – pneumę, otwarte na ludzi, na wymianę myśli, poglądów, lęków i fascynacji. Otwarte, więc naiwne, łatwe do zranienia, a skoro otwarte, to też nie gojące się zbyt szybko. Dzisiaj z perspektywy czasu, gdy je coraz bardziej szanuję i powolutku zaczynam widzieć pewne zależności pomiędzy nim a materią – coraz mniej zabiegam, łaknę kontaktu. Wielu ludzi pojawiło się w moim życiu, wielu deklarowało jako przyjaciele, wielu po cichu zamknęło drzwi za sobą. Niektórzy konsumują już tą naszą znajomość tylko przez podglądanie internetowych oznak bicia serca. Jeśli ich to satysfakcjonuję, to ja im współczuję. Czasem zajrzyjcie głębiej. Również we wspomnienia chwil spędzonych na rozmowie przy kawie, herbacie lub czymś mocniejszym. Czasem zajrzyjcie również w siebie.

Kiedyś to miejsce tętniło życiem. Upłynęło tyle czasu, że te pierwsze kadry są jak dawno wystygłe gwiazdy, gdzieś na początku czasu i rozprzestrzeniającego się we wszelkie strony wszechświata. Ja mam ukryty klucz do powrotu w te miejsca, w tą energię, choć nie wykorzystuję go chętnie. Moja twarz jest ustawiona frontem do słońca, frontem do końca, a to co za plecami niech będzie jedynie dobrym wspomnieniem dobrego, trudnego czasem życia. Dziś już nie ma powrotu do tamtych chwil, jest za to możliwość dokładania do tego gobelinu kolejnej linii haftu. Nie zamierzam odpuszczać. Pomimo, iż na świecie powstały już internetowe programy-boty, które malują na życzenie i pod wpływem słów, ja swoje zdjęcia będę robił dla wewnętrznej potrzeby opowiedzenia sobie o sobie. To ten język przełamał mnie i otworzył na świat, temu językowi będę wierny.

Kiedyś to miejsce tętniło życiem. Dzisiaj bywam w setkach, tysiącach miejsc tętniących życiem. Podróżując po Polsce i po świecie, zawodowo, czy prywatnie – widzę wciąż powstające początki, wciąż gasnące końce. Nieustanny potok kreacji. Unikalnych żyć i relacji. Jedna z nich miała miejsce w grudniu gdy patrząc z perspektywy 11 tysięcy metrów na gasnący w dole Tanger w północno-zachodnim koniuszku Afryki, właśnie wtedy gdy samolot skręcając na południe pomachał skrzydłami na pożegnanie wciąż uciekającego przed nim słońca, poczułem zapowiedź pierwszego wzruszenia. To główne przyszło na dachu Marakeszu, podczas chłodnego, grudniowego – najlepszego jakie w dotychczasowym życiu jadłem – śniadania. Świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy, pyszne marokańskie pieczywo i miska jajek na twardo. To było ponad siły mojego Ego trzymającego znany mi szkielet wewnętrznego świata na wodzy. Trzy wcześniejsze dni pośród afrykańskiego-arabskiego zgiełku, wystarczająco osłabiły moje zmysły, aby wdarł się ten promień światła, który nie oślepia. Chłód grudniowego poranka roztopił się na plecach pod spojrzeniem nieodległych, ośnieżonych gór Atlasu. Wszystko naraz stało się jednią. Przypomniało mi się, że niegdyś chadzałem już po tych mistycznych ogrodach duchowego orientu. Dotarło to do mnie, że one cały czas tu są. Trwają nieporuszone pośród rozedrgania miliardowych zdarzeń rozgrzanych atomów tego świata. Wracając obiecałem sobie rejestrować na piśmie te emocje. Oczywiście lenistwo, strumień życia i tysiące wymówek uczyniło to trudnym, prawie niemożliwym. Teraz, po tych kilku miesiącach jest to już promieniowanie reliktowe. Kosmiczna muzyka tła, która szumi mi w uchu z trudem rozpoznawalną melodię złożoną z pierwotnej zupy słów myśli i emocji. Tym tekstem spróbowałem ją odrobinę poskładać. Wyszła z tego zupełnie nowa rzeczywistość, bo jak każda próba podgrzania tej energii, będzie tworzyć nowe, niezależne światy. Pierwotny jest do poznania tylko w trakcie jego trwania. Będę starał się składać swoje myśli w tym miejscu regularnie, jak chrust pod stosem, który kiedyś może ponownie zapłonie, jak latarnia na szczycie góry dająca światło idącym pod prąd, pod górę, wspinającym się na załamanie czasoprzestrzeni zwane grawitacją. Po wielkie NIC, po radość wielką, po cholerę.